aktualności

spis treści:

grudzień 2021

listopad 2021

czyściec

Wywiad z ks. Wojciechem Skórą mic.

Kościół katolicki wierzy, że po śmierci dusza ludzka trafia do nieba lub do piekła. Przejściowo może też znaleźć́ się̨ w czyśćcu, czyli miejscu, gdzie musi odpokutować́ grzechy. Skąd wiemy, że czyściec istnieje?

Przyjmujemy pewne teksty Pisma Świętego jako „nieformalne” (tego określenia użył św. Jan Paweł II, mówiąc o czyśćcu podczas jednej z audiencji generalnych), czyli nie wprost, stwierdzenia o czyśćcu, o możliwości przebłagania za człowieka, który umarł, ale jeszcze nie ogląda Boga.

Co Biblia i nauka Kościoła mówi nam o czyśćcu?

Za kluczowe teksty biblijne uważa się dwa. Pierwszy pochodzi z Drugiej Księgi Machabejskiej (por. 2Mch 12,38-45). Przy poległych w trakcie bitwy żołnierzach znaleziono figurki bóstw, które sobie przywłaszczyli jako łup wojennych. Juda Machabeusz uznał, że ich śmierć była karą za tę kradzież. Zebrał więc pieniądze i wysłał do Jeruzalem, aby w świątyni złożono ofiarę przebłagalną za zmarłych. To jest Stary Testament. Natomiast w Nowym
Testamencie w Pierwszym Liście do Koryntian (por. 1Kor 3, 15) jest pewna aluzja do tego, że budowla życia (w domyśle, stan człowieka w chwili śmierci, jego zasługi i przewinienia) zostanie poddana próbie ognia. Tyle, a więc niewiele mówią teksty objawione. Natomiast przekonanie o tym, że człowiek w momencie śmierci może być niedoskonały, czyli niegotowy na spotkanie z Bogiem, istniało nieprzerwanie w całej historii Kościoła. Ciekawa rzecz, początkowo uważano, że tymi, którzy z pewnością idą do nieba są tylko męczennicy. Można powiedzieć, że między świętością a męczeństwem stawiano znak równości.

Ostatni definitywny akt oddania się Panu Bogu na wzór Chrystusa ukrzyżowanego uznawano za podstawę dla kultu męczennika. Przyzywano jego wstawiennictwa przed Bogiem, a na grobach męczenników powstawały świątynie. Co więcej, przy grobie męczennika grzebano innych chrześcijan, którzy umierali w naturalny sposób, aby po śmierci „znajdowali się w bliskości” tego, który oddał życie za wiarę. Popatrzmy tylko na apostołów. Święty Jan Ewangelista jako jedyny z ich grona nie zginął śmiercią męczeńską, natomiast pozostali byli męczennikami. Jan wszakże przeszedł inną drogę męczeństwa (uwięzienie, kary cielesne, podawanie trucizny), które nie było związane z odebraniem mu życia, bo tak obiecał mu Jezus. 

Na marginesie, dopiero w IV w. pojawiają się święci wyznawcy, m.in. św. Marcin z Tour, który jest pierwszym nie-męczennikiem uznanym za świętego w Kościele. Kościół pierwotny widział więc w akcie oddania życia spełnioną dojrzałość wierzącego do wejścia do Królestwa Bożego. Dar własnej krwi, czyli oddanie życia uznawano za całkowite wykupienie człowieka i osiągniecie doskonałości.

Skąd ta idea?

Idea zapewne pochodzi ze Starego Testamentu. Izraelicie przeżywali dzień przebłagania, oczyszczenia, Jom Kippur. Arcykapłan zakładał wtedy specjalne szaty, w których odprawiał ceremonie pokutne. Kładąc ręce na głowie cielca wyznawał własne grzechy i grzechy swych najbliższych. Następnie przyprowadzano dwa kozły – jeden był później przeznaczony na ofiarę za grzechy „dla Pana”, a drugi wyganiany na pustynię „dla Azazela”, jakby zabierając grzechy Izraelitów. Wreszcie, po złożeniu ofiary ze zwierzęcia i zebraniu jego krwi do naczynia, arcykapłan napełniał kadzielnicę węglami z ołtarza, wchodził do najświętszego miejsca w Świątyni – „Świętego Świętych”. Jom Kippur było jedynym dniem w roku, kiedy arcykapłan mógł tam wejść. Ponadto, na ofiarę dla Boga można było złożyć tylko zwierzęta czyste, to znaczy doskonałe, bez skazy.

Mamy tutaj pierwotną intuicję, że człowiek musi stanąć przed Bogiem jako doskonały, choć ta doskonałość i czystość jest oczywiście względna, oparta na kryteriach jedynie ludzkich. Podobna intuicja towarzyszyła też pierwszym chrześcijanom, kiedy rozmyślali o tych, którzy przechodzą na tamtą stronę. Modlitwa za zmarłych była przejawem przekonania, że niektórzy jej potrzebują, aby znaleźć się przed Bogiem. Że potrzeba jeszcze czegoś. 

Właśnie ta modlitwa, która towarzyszy Kościołowi od samego początku stanowi niewątpliwe locus theologicus jako swoisty dowód na wiarę w istnienie czyśćca. Do tego dochodzi tradycja Kościoła pisana przez małe „t”, czyli wiele objawień jakie otrzymali mistycy. Potwierdzają oni rzeczywistość czyśćca, ponieważ „spotkali się” często w niewypowiedziany sposób z tajemnicą cierpiących po śmierci. Pierwszy traktat o czyśćcu powstał dopiero w XV wieku, napisany przez św. Katarzynę z  Genui (+1510), podkreśla, że jest taki etap w istnieniu człowieka (czy czasowy czy też nie, trudno to rozstrzygnąć), który ma charakter przejściowy ku pełni zbawienia. W tym momencie dobrze byłoby odnieść się do sformułowania w Katechizmie Kościoła Katolickiego: „Ci którzy umierają w łasce i przyjaźni z Bogiem, ale nie są jeszcze całkowicie oczyszczeni, chociaż są już pewni swego wiecznego zbawienia przechodzą po śmierci oczyszczenie, by uzyskać świętość konieczną do wejścia do radości nieba” (KKK, 1030).

Uwaga! Żeby pójść do czyśćca, w momencie śmierci potrzeba być w stanie łaski i przyjaźni z Bogiem.

Jak w świadomości współczesnego człowieka funkcjonuje czyściec?

Niestety, chyba niewłaściwie. Mówiąc o czyśćcu naszym pierwszym wyobrażeniem jest jakieś miejsce. Jak niebo nie jest miejscem tylko stanem i sposobem istnienia człowieka, tak czyściec jest stanem istnienia człowieka w oczyszczeniu. Po drugie, ludzie myślą tak: „Nie ważne jak będę żył, ale może jakoś wemknę się do tego czyśćca, bo Pan Bóg jest przecież miłosierny, więc powinno mi się udać”. Podchodzimy do tajemnicy czyśćca jak do ostatniej deski ratunku, ostatniej szansy dla człowieka, któremu nie zależało na relacji z Panem Bogiem. Jest to podejście minimalistyczne, które z gruntu jest antyewangeliczne. Przekaz ewangeliczny mówi o miłości do Boga i miłości do bliźniego, o ofierze i oddaniu życia, o służbie, o życiu godziwym, dobrym i pięknym, o wartości oddania dla Boga także daru materialnego, po to, by się z nim nie wiązać. W tym kontekście to myślenie minimalistyczne jest bardzo niebezpieczne, ponieważ człowiek zakłada, że zostanie mu dana szansa jakiegoś „złapania Pana Boga za nogi w ostatnim momencie życia”. Jest to koncepcja z gruntu niewłaściwa. Potrzeba tu metanoi, czyli radykalnej zmiany myślenia, choćby w takim kierunku: „Idziemy ku Panu Bogu, chcemy żyć jak najlepiej, niektóre wady trudno wykorzenić i możemy się potykać. Ale idziemy ku niebu”.  Wtedy w momencie śmierci Bóg mówi: „Wiem, że chcesz ze Mną być, ale potrzebujesz jeszcze przygotować się do tego spotkania”. 

W objawieniu Starego Testamentu powraca temat: Kto zobaczył Boga na ziemi musi umrzeć. Wielu świętych patriarchów i proroków, kiedy dochodziła do nich świadomość, że są w obecności Anioła Bożego lub objawiającego się Boga, uważało, że są skazani na śmierć, ponieważ świętość i majestat Boga nie daje się pogodzić z naszym doświadczeniem doczesności, materialności, znikomości i kruchości.

Bardzo trafny obraz na temat czyśćca pojawia się w książce o rzeczach ostatecznych znanego karmelity szwedzkiego o. Wilfrieda Stinissena, który porównuje czyściec do kruchty w kościele. Kruchta była miejscem, gdzie rycerstwo wchodzące do świątyni musiało zostawić broń. Kruchta była miejscem rozbrojenia. Stosując ten obraz do swego życia, wypada pomyśleć: jeżeli we mnie jest choćby szczypta egoizmu, buty, pychy, zarozumiałości, zawiści, to zanim wejdę do tej nawy głównej przed oblicze Boga, w czyśćcu dostaję czas na duchowe „rozbrojenie”.

Potrzebuję pozbyć się tych wad, właśnie rozbroić, aby do Królestwa wejść nagim, bezbronnym, oczyszczonym, z sercem podobnym do Serca Jezusowego. Mam szansę przebaczyć, tym którym nie zdążyłem przebaczyć. Doświadczyć bólu z powodu dobra, które mogłem uczynić, a nie uczyniłem. W ten sposób mówimy o czyszczeniu, o bólu i cierpieniu czyśćcowym, które św. Katarzyna z Genui nazywa wprost cierpieniem piekielnym. Różnica jest taka, że ono się skończy. Wyobraźmy sobie 35 stopniowy upał (mieliśmy niedawno) i to się nie zmieni, będzie cały czas. Nie będzie wieczornego oddechu, nie będzie powiewu wiatru. Piekło to stałe doświadczenie czegoś negatywnego, obcego, niechcianego, niszczącego. Tak rozumiemy piekło: miejsce bez możliwości ucieczki, bez możliwości odetchnięcia. Czyściec natomiast otwiera perspektywę życia nowego: przyjdzie zmierzch, przyjdzie poranek, będzie rosa, w końcu będzie nowy dzień. Będzie życie. 

Czyli można się pokusić o stwierdzenie, że czyściec to „druga szansa człowieka”?

Nie do końca. Czyściec wpisuje się w nieskończoną tajemnicę Bożego miłosierdzia. Bóg, który do pewnego momentu daje nam czas zasługi (na tym polega życie doczesne), w pewnym momencie przyjmuje naszą dobrą, słabą wolę i mówi: „Biorę to”. To jest każdorazowa „druga szansa”, ale tych szans od Boga dostajemy nieskończenie wiele. 

Dobrze czasem poczytać opis z „Dzienniczka” świętej siostry Faustyny o cierpieniach czyśćcowych, czy świadectwa, które pozostały po świętym ojcu Stanisławie Papczyńskim. Po mistycznej wizji czyśćca przez następne trzy dni ani nie jadł, ani nie pił, nawet nie spał, modląc się nieustannie za cierpiących w czyśćcu. Potem powiedział do współbraci z klasztoru: „Bracia módlcie się za zmarłych, bo nieznośne cierpią męki”. Wiedza o tym, jak to cierpienie wygląda, uzmysławia człowiekowi, że chodzenie drogą kompromisu, odwlekania pokuty, odkładania „na potem” sakramentu spowiedzi, gdy popełniłem grzech ciężki i jestem w sytuacji oddalenia od Boga, jest tak naprawdę igraniem z własnym losem w wieczności.

Chrześcijanin zaś żyje w stanie łaski. Oznacza to, że dokonuje wyborów, które pozwalają mu przyjmować Komunię świętą.

Zawsze wybiera prawo Boże, chociaż w oczach świata uchodzi za szaleńca, za głupca, za kogoś kto nie skorzystał z okazji. Wielu ludzi mówi: „coś mi się od życia należy”. Wchodzą np. w jeden, drugi, trzeci związek partnerski czy cywilno-małżeński, w konsekwencji czego tracą możliwość uzyskania sakramentalnego odpuszczenia grzechów i decydują się na życie w stanie grzechu śmiertelnego. Nie oceniamy kogokolwiek, to tylko smutne stwierdzenie faktu. Nie chodzi też o to, by straszyć czyśćcem, bo taka pedagogia funkcjonowała w Kościele przez wiele lat. Czyściec był pokazywany jako miejsce upiorne, a piekło jeszcze bardziej. W ten sposób mobilizowano do lepszego życia. Przez strach jednak nie jesteśmy w stanie oddziaływać na ludzi. 

Chrystus oddziałuje przez miłość, przez zaproszenie, co wiąże się z koncepcją Boga, który jest miłośnikiem człowieka. Czytamy u proroka Ozeasza: „Chcę ją przynęcić, na pustynię ją wyprowadzić i mówić do jej serca” (Oz 2, 16). Nie ma tu żadnego przymusu, straszenia czy osaczenia człowieka, jest tylko zaproszenie. 

Wielu moralistów uważa, że do piekła, nieba i czyśćca drzwi będą otwarte, nie będzie tam żadnych klamek. Człowiek w momencie sądu szczegółowego, czyli tuż po śmierci będzie wiedział, gdzie ma pójść, ponieważ zobaczy swoje życie w prawdzie, bez możliwości usprawiedliwiania się. Staniemy w prawdzie wobec Boga, wobec samych siebie i powiemy „nie, nie jestem gotowy, żeby być w obecności Boga”.

Czy to możliwe, aby umarli mogli ukazywać́ się̨ żywym? O kontaktach z duszami czyśćcowymi opowiadała m.in. Maria Simma. Pod jaką postacią̨ się̨ one ukazują̨?

Oczywiście, że mogą. Bóg im na to pozwala. Osoba zmarła ukazuje się komuś ze swojej rodziny, czasem daje jakieś znaki, żeby poprosić o jałmużnę modlitwy. Bóg czasem wysyłał świętych i mistyków, by zobaczyli „przestrzeń czyśćca”. Z drugiej strony posyła osoby doświadczające czyśćca, aby poprosiły o wsparcie, by uwrażliwić nas, Kościół pielgrzymujący, na rzeczywistość Kościoła oczyszczającego się. 

Perspektywa doczesności i wieczności może być zachętą do nowego spojrzenia na całościową wizję Kościoła jako wspólnoty osób: już zbawionych, tych, którzy ciągle dojrzewają do tej pełni i tych, którzy pielgrzymują w czasie.

Kościół katolicki poucza, że dusze cierpią w czyśćcu, ponieważ nie potrafiły wydoskonalić się w miłości. Czyściec to czas owego wydoskonalenia w miłości. Dusze czyśćcowe nas wspierają. Nie mogą nic dobrego zrobić dla siebie, czyli nie mogą zasługiwać za zbawienie, ale na pewno modlą się za nas. Są przecież „potencjalnymi świętymi”, którzy niebawem nic innego nie będą czynić, jak tylko wielbić Boga i wypraszać zbawienie dla reszty Kościoła. 

Istnieje – co warto podkreślić – bardzo cienka granica między wiarą w świętych obcowanie, więzią duchową, modlitewną, a praktykami spirytystycznymi, czyli wywoływaniem zmarłych. Najbardziej wymownym przykładem w Biblii tej praktyki, potępionej przez Boga, jest historia króla Saula. Gdy utracił zaufanie Boga wskutek grzechu nieposłuszeństwa, udał się do wróżki w Endor, aby wywołała mu zmarłego proroka Samuela. Ukazujący się duch Samuela upomniał króla: «Dlaczego nie dajesz mi spokoju i wywołujesz mnie?» Saul odrzekł: «Znajduję się w wielkim ucisku, bo Filistyni walczą ze mną, a Bóg mię opuścił i nie daje mi odpowiedzi ani przez proroków, ani przez sen; dlatego ciebie wezwałem, abyś mi wskazał, jak mam postąpić» (por. 1 Sm 28, 15). 

Pan Bóg zaś może posłać zmarłych do żyjących, co przyjmuje formę doświadczenia nadprzyrodzonego w rodzaju wizji, czy poprzez sen. Może także przyjąć formę materialną, gdy słychać na przykład stukanie, kołatanie. Opisanych jest wiele historii, gdy zmarli dopominali się mszy świętej w ich intencji, po czym niepokojenie natychmiast ustawało.

Będąc nastolatkiem, usłyszałem poruszającą opowieść o pewnej plebanii. Nowo mianowany proboszcz nie miał spokoju, bo ciągle słychać było w nocy jakieś hałasy, skrzypienie podłogi, jakby ktoś szedł, a mieszkał tam sam. W końcu zaczął się modlić do Ducha Świętego o światło, co ma zrobić. We śnie zobaczył księgę intencji mszalnych. Obudził się z tym obrazem i pomyślał, że może chodzi o nieodprawione msze święte. Okazało się, że jeden z jego poprzedników, nie odprawił wszystkich mszy świętych, które przyjął jako zobowiązanie. W archiwum, w starej księdze znalazł listę kilkudziesięciu nieodprawionych intencji. Zgłosił to wszystko biskupowi, który poprosił kilku kapłanów o odprawienie zaległych mszy i wszystko odeszło. Zmarły kapłan, który przyjął intencje, być może przed śmiercią nie zdążył powiedzieć, że są nieodprawione. Zaciągnął dług duchowy i – za przyzwoleniem Bożym -dopominał się, by dopełnić to, do czego się zobowiązał.

My mamy taką tradycję, że kiedy umiera nam osoba bliska, osoba, którą znamy, zamawiamy msze święte w jej intencji. Czy taka zamówiona msza święta w intencji zmarłych jest modlitwą, która najbardziej im pomaga?

A czy mamy coś cenniejszego na tej ziemi, niż Ofiarę eucharystyczną Jezusa Chrystusa, która uobecnia Jego ofiarę Krzyża i tajemnicę Jego zmartwychwstania? Żadne rodzaje postów, innych modlitw, innych rodzajów jałmużny nie są porównywalne z Mszą świętą. 

Św. Stanisław Papczyński, w swoim ostatnim testamencie, zapisał, że jego duchowi synowie mają w każdym tygodniu odprawić jedną mszę świętą o nawrócenie grzeszników zatwardziałych, a drugą za dusze w czyśćcu. Przeczuwał słusznie, że dar Eucharystii stanowi najpełniejsze wstawiennictwo, w którym uczestniczy Chrystus chwalebny i Jego Oblubienica, Kościół.

Warto poruszyć jednak sprawę bardzo delikatną. Niektórzy uważają, że jak się zamówi „gregoriankę” za zmarłego, czyli 30 mszy świętych, to on na 100% pójdzie do nieba. Zakładamy, że ten dar mszy świętej jest bardzo szczególny, jest związany z wieloma odpustami, ale nikt po odprawieniu 30 mszy świętych za zmarłego, nikt włącznie z papieżem nie będzie w stanie powiedzieć, że na 100%, ten człowiek jest w niebie. Oznaczałoby to bowiem, że jest jakaś materialna miara wykupienia zmarłego z odpowiedzialności za popełnione tak wielkie zło, że potrzebuje więcej pokuty, niż łaska płynąca z mszy gregoriańskich.

Często na rocznicę śmierci, przez wiele lat odprawiamy msze święte za zmarłego. Może zrodzić się pytanie: „Zaraz, a może już nie potrzeba?”. Otóż, kiedy tutaj na ziemi ofiarujemy mszę świętą, ona wpisuje się w inny, wieczny porządek rzeczy. Nie możemy naszą miarą mierzyć rzeczywistość Boga i wieczności. Zatem, za zmarłych z rodziny mogę spokojnie modlić się do mojej śmierci, nie zastanawiając się, czy są w niebie, czy też nie.

Jeśli nawet mam przeczucie, że osiągnęli Królestwo, to i tak modlę się za nich, dlatego, że Bóg, który jest poza czasem, wszystkie te modlitwy, już zaniesione i te, które będą, bierze na poczet przebłagania za daną osobę. Zachęcam, aby nie przestawać zamawiać mszy świętych. To jest niesamowicie przejmująca prawda, że miłość jest większa niż śmierć. Ciągle kochamy tę osobę, jesteśmy z nią w więzi, dlatego pamiętamy o dniu jej śmierci, czasem o dniu urodzin. Jesteśmy cały czas połączeni, śmierć nas nie rozdzieliła. To jeden z wymiarów realizowania przykazania miłości bliźniego. 

Ojciec Papczyński nazywa modlitwę za dusze czyśćcowe wyrazem miłości szlachetnej, bezinteresownej. Przyjmujący od nas jałmużnę przynajmniej podziękuje albo uśmiechnie się. Czyniąc dobro, często dostaniemy zwrotną wdzięczność. Modlitwa za zmarłych, za dusze cierpiące w czyśćcu, jest pewną szkołą wychowania do miłości szlachetnej, miłości bezinteresownej, miłości wiernej. Znam wiele przykładów osób, które słysząc to wezwanie, zaczynają zamawiać msze święte nie tylko za swoich zmarłych, ale właśnie za dusze cierpiące w czyśćcu. Nie znają tych osób, nie wiedzą na poczet kogo spłynie łaska Eucharystii. Przez tę praktykę miłości ich serce się powiększa!

A poza Mszą świętą? Czy istnieje jakiś sposób, żeby pomagać tym duszom czyśćcowym?

Oczywiście. Każda modlitwa zanoszona w zjednoczeniu z Maryją, Matką Kościoła ma bardzo duże znaczenie. Ona jest Królową świętych, ale także Matką nas pielgrzymujących i tych, którzy doznają oczyszczenia. Każda modlitwa różańcowa, każdy rodzaj koronki maryjnej. Mariańska koronka 10 cnót NMP, odmawiana w zjednoczeniu z Maryją, wpatrując się w Jej świętość jest bardzo dobrym narzędziem modlitwy za zmarłych. 

Bez wątpienia także koronka do Bożego Miłosierdzia stała się takim narzędziem, bardzo prostym i powszechnym. Została dana w ręce ludzi różnych kultur, nacji i języków. W tej modlitwie jest bardzo silna zachęta, żeby była ofiarowywana Bogu najpierw za mnie jako grzesznika, za innych grzeszników, ale także za konających czy cierpiących w czyśćcu. 

Trochę zaniedbanymi formami wstawiennictwa za zmarłych są post oraz jałmużna. Jeśli wiemy o zmarłym, że był człowiekiem bardzo skąpym i chciwym, można w jego imieniu uczynić akt jałmużny, oczywiście rozsądny, udzielany osobie rzeczywiście potrzebującej, czy też instytucji takiej, jak hospicjum, dom dziecka lub dom starości. Post również jest bardzo ważną praktyką. Niejednokrotnie śmierć przychodzi na skutek tego, że ktoś naprawdę żył w sposób nieuporządkowany, nadużywał alkoholu, nieracjonalnie się odżywiał, stosował używki. Post może być w takim przypadku bardzo cennym darem wstawienniczym.

Uważam wreszcie, że niedocenionym sposobem pomagania zmarłym, który otrzymujemy od Kościoła jest każdego dnia możliwość uzyskania odpustu zupełnego za jednego zmarłego. Jeśli spełnimy podstawowe warunki odpustu, czyli dążymy do świętości, nie chcemy mieć przywiązania do grzechu, przyjmujemy Komunię świętą, to możemy ofiarować taki odpust na poczet jednego zmarłego. Przypomnę kilka dodatkowych warunków uzyskania odpustu: czytanie przez pół godziny Słowa Bożego, połączone z krótkim choćby rozważaniem, adoracja Najświętszego Sakramentu, modlitwa różańcowa we wspólnocie Kościoła, uczestnictwo w Drodze Krzyżowej i wiele innych. Jeśli jestem w stanie łaski uświęcającej, przyjmuję Komunię świętą, wypełnię warunek dodatkowy, to mogę uzyskać odpust zupełny każdego dnia dla jednego zmarłego, osoby znanej mi lub bezimiennej jednej duszy czyśćcowej, którą Bóg zna. 

To jest skarbiec miłosierdzia. 

Wszystko zostało nam dane przez krzyżową ofiarę naszego Pana Jezusa Chrystusa. Całe miłosierdzie wylewa się z Jego przebitego serca. Oczywiście potrzeba nam widzieć nasz współudział w dziele odkupienia na wzór św. Pawła Apostoła, który pisze do Kolosan: „Teraz raduję się w cierpieniach za was i ze swej strony w moim ciele dopełniam braki udręk Chrystusa dla dobra Jego Ciała, którym jest Kościół” (Kol 1,24). My też możemy współcierpieć z Chrystusem. Najpiękniejszą formą wstawiennictwa może być ofiarowanie własnego cierpienia za zmarłych: „Panie Boże, podejmuję środki takie, jakie mogę, żeby usunąć cierpienie, żeby je ograniczyć, żeby móc normalnie funkcjonować, ale ostateczne słowo należy do Ciebie. Pragnę przeżywać w wewnętrznym pokoju to cierpienie, chorobę, ból i ofiaruję to za zmarłych”.  

Św. Stanisław Papczyński, aby przynieść ulgę zmarłym cierpiącym w czyśćcu, odprawiał nocne czuwania, podejmował praktyki biczowania (wtedy takie były) oraz inne formy ascezy cielesnej. My możemy ofiarować Bogu nie tylko fizyczne, ale także cierpienia duchowe i doświadczenie Krzyża, na przykład doświadczenie straty materialnej, krzywdy, odrzucenie, pomówienie czy zniesławienia.

Pan Bóg w takiej modlitwie za zmarłych udowadnia i pokazuje ogrom swojej miłości. Że nie wszystko stracone nawet jeśli po ludzku takie się wydaje.

Myślę, że wszystkie te środki, o których mówimy i po które możemy sięgnąć, stanowią nieograniczony, boski asortyment pomocy nam wszystkim. Pan Bóg chce zbawić każdego człowieka, ale nikogo na siłę nie wciąga do nieba. Chce, żebyśmy tam weszli ze świadomością, że jesteśmy gotowi. Potrzeba dzisiaj może dobitniej niż dawniej przypominać jedną z prawd wiary, że Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za zło karze. Nie wolno nam stracić z oczu tej prawdy, że popełnione zło pociąga za sobą konieczność odpokutowania. Zapominamy, że pełnia naprawienia zła dokonuje się nie tylko przez wyznanie grzechów, ale realne zadośćuczynienie, jeśli to możliwe, to znaczy złodziej ma oddać co ukradł, a pracodawca przekazać pracownikowi sprawiedliwą zapłatę, itd. Właśnie ta niedopełniona pokuta i zadośćuczynienie może zatrzymać nas w drodze do nieba na stacji „Czyściec”, by dopełnić miary nawrócenia już w wymiarze duchowym.

Bardzo często funkcjonuje w świadomości ludzkiej to, że Bóg jest sędzią sprawiedliwym, który za dobre wynagradza i za złe karze, że to nie moje działanie tylko to Pan Bóg zsyła na mnie karę, chorobę, to cierpienie.

Bardzo dużo w naszym życiu zależy od obrazu Boga, jaki nosimy w sobie. Jeśli traktuję Go jako śledczego, policjanta, który mnie kontroluje, to będę chciał przed Nim się ukryć i będę się starał nie podpaść Mu. Jeżeli widzę w Bogu jakąś surowość, widzę w Nim nieczułego ojca, którego słowo jest niepodważalne, to będę się Go bał. Jeśli Bóg jest staruszkiem, który drzemie, może czasem się obudzi, ale tak naprawdę nie zależy Mu na mnie, to i mnie też nie będzie zależeć na Nim. Ponieważ kiedyś spotkamy się, to na wszelki wypadek spróbuję się Mu przypodobać. 

My natomiast spotykamy Boga żywego, Boga, który jest tutaj, który się objawił w Jezusie Chrystusie i mówi: „Chcę mieszkać w tobie, chcę, żebyś był moją świątynią, nieustannie chcę z tobą przebywać, chcę żebyś ty był moim niebem, miejscem mojego przebywania”. Jeśli rozpoznajemy i wierzymy w takiego Pana Boga, to zmienia się całkowicie perspektywa naszego życia. Traktujemy siebie jak świątynię doczesną, którą co pewien czas odnawiamy, staramy się, żeby była czysta, piękna, wysprzątana, żeby była miejscem chwały Bożej. Tak dotykamy biblijnej koncepcji świętości. Święty człowiek to ten, który należy do Boga, który przestał być własnością tego świata. 

Bóg mówi do Izraelitów: „Będziecie dla mnie narodem świętym”, czyli będziecie moją własnością, moją posiadłością. Człowiek od momentu chrztu świętego jest konsekrowany, a więc zabrany temu światu, a ofiarowany samemu Bogu. Św. Stanisław Papczyński napisał piękne słowa: „Duch Święty w momencie chrztu konsekruje człowieka dla siebie”. Można powiedzieć, że czyni człowieka swoją własnością, po to, żeby go przeprowadzić przez ziemię i dać mu udział w pełni chwały Trójcy Przenajświętszej.

Nie podchodźmy do sprawy w ten sposób: „Oj, żebym się chociaż w tym czyśćcu znalazł”. Raczej: „chcę iść do nieba, a Ty, Panie Boże, dawaj mi wsparcie, żebym się tak otwierał na Twoją wolę, jak Maryja, żebym szedł ku Tobie. Jeśli czyściec będzie konieczny, to przyjmuję go jako znak Twojej Miłości, przez którą chcesz mnie oczyścić do końca”. 

Niektórzy mądrzy ludzie proszą Pana Boga o czyściec na ziemi: „Ty Boże teraz mnie oczyszczaj, bo chcę iść po śmierci prosto do nieba. Daję Ci całkowite przyzwolenie na to, żebym doznał także różnych przykrości i cierpień, jeśli to wydoskonali mnie w miłości, w wierze, w nadziei”. Oto właściwe podejście chrześcijanina, który zrozumiał istotę swego powołania.

październik 2021

Synod 2021-2023

9 października w Rzymie papież Franciszek dokonał uroczystego otwarcia XVI Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów na temat:

„Ku Kościołowi synodalnemu: komunia, uczestnictwo, misja”

Zaproszeni do udziału w Synodzie są nie tylko biskupi z całego świata. Ojciec Święty pragnie, aby w to dzieło zaangażowali się wszyscy wierni.

17 października rozpoczął się etap lokalny synodu (czyli prace w poszczególnych diecezjach, parafiach, wspólnotach).

zaproszenie!

Każdy z nas jest zaproszony do wzięcia udziału w tym historycznym wydarzeniu. W naszej parafii został powołany Zespół Synodalny, który ma na celu propagowanie i koordynowanie prac związanych z przebiegiem Synodu. Zapraszamy wszystkich do wzięcia udziału w ankiecie synodalnej i rzetelne jej wypełnienie. Ankiety można pobrać z naszej parafialnej strony internetowej lub strony diecezji. Poszczególne kroki realizacji ankiety są podane w Vademecum. Synodalną ankietę można wypełnić indywidualnie lub we wspólnocie. Bardzo prosimy o liczne włączenie się w dzieło Synodu.

Więcej o synodzie

Słowo „synod” od początków chrześcijaństwa używano dla określenia wszelkich zgromadzeń w Kościele, których celem było rozeznanie różnych ważnych kwestii doktrynalnych, liturgicznych czy duszpasterskich. Przez wiele wieków synody były zgromadzeniami biskupów, ale Kościół coraz bardziej uświadamia sobie, że ten proces powinien odbywać się przy udziale całego Ludu Bożego. W Kościele synodalnym każdy powinien wsłuchiwać się w głos pozostałych, a całość wspólnoty powinna być wyczulona na głos Ducha Świętego, abyśmy wszyscy zastanowili się i zrozumieli, „w jaki sposób komunia, która gromadzi w jedności różnorodność darów, charyzmatów i posług, służy misji; Kościół synodalny jest Kościołem „wyruszającym w drogę” jest Kościołem misyjnym, Kościołem otwartych drzwi” (Evangelium Gaudium, n. 46)”.

Głównym pytaniem zwołanego synodu jest: „jak dzisiaj, na różnych poziomach (od Kościoła lokalnego do powszechnego), realizuje się owo „podążanie razem”, które pozwala Kościołowi głosić Ewangelię, zgodnie z powierzoną mu misją, i do podjęcia jakich działań zaprasza nas Duch Święty, abyśmy wzrastali jako Kościół synodalny?”.

Synod w praktyce

Z materiałów opracowanych w diecezjach poszczególne krajowe konferencje episkopatów przygotują syntezy, które mają zostać przesłane w kwietniu 2022 roku do Sekretariatu Synodu. Następnie do września 2022 roku zostanie opracowany pierwszy dokument roboczy, który będzie podstawą do prac na poziomie kontynentalnym. Owocem tego etapu mają być dokumenty opracowane do marca 2023 roku. Będą one podstawą rozmowy papieża z biskupami podczas Zgromadzeniu Synodu Biskupów w Rzymie w październiku 2023 roku. Zgodnie z założeniami kluczowy ma być etap realizacji, czyli „promowanie nowego stylu przeżywania komunii, uczestnictwa i misji Kościoła”.

Zapraszamy do zapoznania się z materiałami dotyczącymi rozpoczynającego się synodu:

Homilia wygłoszona podczas Mszy świętej inaugurującej synod przez bpa J. Grzybowskiego

Dzisiaj rano wraz z całym Kościołem powszechnym rozpoczynamy pewną drogę. Papież Franciszek zaprosił nas do tej drogi, wskazał etapy i poprosił, byśmy razem z nim przebyli i przeżyli „Synod o synodalności”. Zapowiedział go już w swojej książce „Powróćmy do marzeń”, w której wyraźnie napisał, że Synod rozpocznie się 17 października 2021 roku – ale inaczej niż do tej pory – nie w Watykanie, tylko w Kościołach lokalnych, poszczególnych wspólnotach, zgromadzeniach, diecezjach i metropoliach. Zwieńczeniem trwających dwa lata oddolnych prac będzie Zgromadzenie Synodalne Biskupów w październiku 2023 roku.

Papież Franciszek zaprasza nas zatem do tego, abyśmy rozpoczęli drogę synodu, czyli drogę podążania razem, drogę gromadzenia się, rozmowy, debaty i słuchania. Myślę, że jest to naprawdę ważny moment, może nawet historyczny dla całego Kościoła katolickiego w XXI wieku. Być może nie do końca zdajemy sobie sprawę historyczności tej chwili. Patrząc bowiem na dzisiejszy poranek – bardzo zwyczajny, normalny, zwykły niedzielny poranek października, patrząc na nasze życie i doświadczenia, może nie czujemy, że Papież proroczo zaprasza nas do refleksji, która może stać się wielką szansą dla Kościoła powszechnego, Kościoła globalnego, Kościoła wszystkich narodów i kontynentów.

Zauważmy, że nie przez przypadek Papież wybiera właśnie tę niedzielę. Słowo Boże mówi dziś bowiem o dwóch kluczowych dla naszego życia chrześcijańskiego postawach. Po pierwsze zwróćmy uwagę, że List do Hebrajczyków mówi do nas: trwajcie mocno w wyzwaniu wiary. To jest piękne Słowo na rozpoczęcie Synodu. Rozmawiajmy, stawiajmy pytania, dyskutujmy, słuchajmy siebie nawzajem, ale przede wszystkim trwajmy mocno w wyznawaniu wiary, trwajmy mocno w Jezusie Chrystusie. Sądzę, że w pracach synodalnych, które będziemy rozpoczynać w naszych lokalnych wspólnotach, to właśnie hasło „trwać w wierze” powinno nam wszystkim towarzyszyć. Warto też sobie przypomnieć, że nasze trwanie w wierze opiera się na trzech tekstach, które stanowią fundament tego, kim jesteśmy jako ludzie wierzący, jako chrześcijanie. Pierwszym tekstem, pierwszą księgą jest Nowy Testament. Jesteśmy ludźmi nowego przymierza, uczniami Jezusa, a objawienie Nowego Testamentu – Ewangelie, Dzieje Apostolskie, Listy Pasterskie, Apokalipsa są dla nas Słowem Bożym. Te teksty prowadzą nas i mówią nam jaka jest nasza wiara. Drugi tekst to nauczanie doktrynalne i moralne Kościoła, które oparte na Słowie Bożym realizowane jest w tradycji już od pierwszych wieków (od czasów apostolskich) aż do dzisiaj, przez wszystkie synody i sobory Kościoła powszechnego. Mowa o Katechizmie Kościoła Katolickiego. I mamy też trzeci tekst, który niejako spaja nas organizacyjnie, mówi nam jak należy zachować się, co zrobić, jakie przedsięwziąć działania w różnych sytuacjach kościelnych i życiowych, podpowiada jakie są obowiązki, zadania, przywileje poszczególnych grup Kościoła. To jest oczywiście Kodeks Prawa Kanonicznego. Mamy zatem trzy teksty, trzy książki, których treść wyznacza nam to, o czym mówi List do Hebrajczyków „Trwajcie Siostry i Bracia mocno w wyznawaniu wiary”.

Drugi wymiar, na który zwraca uwagę Papież Franciszek wybierając tę niedzielę i te teksty liturgiczne, to dzisiejsza Ewangelia o władzy. Jest to ewangelia przede wszystkim o tym, że Jezus odwraca porządek naszego myślenia o władzy. Władza to nie jest moc, dzięki której inni są podlegli, siła przez którą ktoś, kto rządzi wydaje polecenia, wymusza, sprawia, że ma służących. Jezus mówi, że władza to jest służba. Jak bardzo trudno jest nam nie tylko wprowadzić to w życie, ale przede wszystkim pojąć te słowa. Są one przecież obecne w doświadczeniu i kulturze chrześcijańskiej od 2 tysięcy lat, a my wciąż uczymy się tego, co znaczy, że „ten kto rządzi ma być sługą, a ten co przewodzi ma być niewolnikiem”. Ten który jest za coś odpowiedzialny – z mocy ustanowienia Bożego lub naturalnego, jak ojciec, matka, przewodniczący, kapłan, biskup – ma być sługą braci i sióstr. Jest to uważam najtrudniejsze i największe wyzwanie, które stoi przed nami.

W czasie trwania Synodu zadamy sobie zatem w naszym Kościele lokalnym ważne pytania. Zaczniemy w poszczególnych parafiach organizować spotkania grup synodalnych, wypełniać ankiety. Ustanowieni dziś przez naszego ordynariusza Romualda Kamińskiego koordynatorzy diecezjalni Synodu, są po to, żeby zebrać, a następnie właściwie przeprowadzić to, co będzie przygotowywane w poszczególnych parafiach, wspólnotach i zgromadzeniach, tak by dotarło do Konferencji Episkopatu Polski, stamtąd do zespołu odpowiedzialnego za kontynent europejski, a potem dalej po pierwszym zebraniu i czytaniu wyników oraz pierwszych refleksjach do Watykaniu i potem jeszcze raz czeka nas refleksja kontynentalna, a w październiku 2023 roku odbędzie się zgromadzenie synodalne biskupów pod przewodnictwem papieża.

Nasz etap Kościoła lokalnego będzie zakończony mniej więcej około lutego 2022 roku. To jest praca, przed którą stoimy i którą musimy wykonać. Będzie ona polegała na tym, aby szczerze, głęboko, prawdziwie wczytać się w problemy współczesnego Kościoła. Żeby zobaczyć jakie są największe i najważniejsze wyzwania. Trzeba usłyszeć, co Duch Święty mówi do Kościoła dzisiaj na początku XXI wieku. Jakie są potrzeby, bóle, doświadczenia, wyzwania, pytania.

Potrzebny jest rachunek sumienia, ponieważ bez niego nie da się przeprowadzić jakiejkolwiek reformy. Rachunek sumienia przede wszystkim osobisty, ale także wspólnotowy dotyczący zarówno hierarchów, jak i wiernych świeckich. Synod, który przez wieki był podstawowym sposobem podejmowania kolegialnych decyzji w Kościele, co przypomina Papież, może stać się szansą. To jest podążanie wspólną drogą, po to, aby razem – biskupi, kapłani, wierni świeccy – dokonali refleksji nad wspólnotą Kościoła. Zobaczyli jak należy ze sobą rozmawiać, jak się ze sobą spotykać, jakie są nasze zaangażowania, odpowiedzialności, jaka jest nasza służba w Kościele, jak realizujemy nauczanie Ewangelii. Czy kogoś nie marginalizujemy, nie pomijamy, czy jesteśmy cierpliwi w słuchaniu, czy mamy w sobie gotowość do nawrócenia, czy potrafimy uzasadnić własne przekonania i racje, o których mówimy i do których pragniemy przekonać innych? Czy jesteśmy otwarci na Ducha Świętego, czy rozpoznajemy Jego tchnienie i chcemy Jemu się poddać? Czy potrafimy zrealizować wolę Bożą zawartą w Piśmie Świętym, Katechizmie Kościoła Katolickiego, Kodeksie Prawa Kanonicznego, która wyraża się w tych tekstach, a która stała się przez wieki treścią życia Kościoła. Papież wzywa nas: najpierw szczerze rozmawiajmy, wypowiedzmy to, co jest w naszych sercach, ale bądźmy jednocześnie gotowi do nawrócenia, przemiany serca, do korygowania tego, co być może odbiega od doktryny Kościoła, od Słowa Bożego, co jest naszą własną ambicją, naszym pragnieniem nie poddanym obiektywizacji, nauczaniu Kościoła katolickiego. Synod jest szansą, a jednocześnie jest bardzo trudnym wręcz ogromnym zadaniem, które stoi przed nami.

Warto zapisać sobie ten dzień, ponieważ rozpoczynamy pewną wspólną drogę. Co jest jej kresem nikt z nas nie wie. Papież wyznaczył pewne etapy i zadania do realizacji w danym momencie, natomiast jaki będzie ostateczny wynik, do czego nas to doprowadzi, jaki będzie kształt owego dokumentu synodalnego, który powstanie w 2023 roku, tego dziś nie wiemy. Musimy dołożyć swoją cząstkę, zrobić swoją pracę i być w niej gorliwi, uczciwi, prawdziwi. Dokonajmy kroku w Kościele lokalnym, potem powierzmy refleksję, swoje zdanie, to co wyjdzie w ankietach, rozmowach, debatach synodalnych w poszczególnych parafiach – na poziom krajowy, a potem kontynentalny i globalny.

Papież Franciszek przygotowywał Synod kilka lat. Kiedy czytam jego teksty dotyczące etapów Kościoła, nie dotyczą one jedynie refleksji z 2021 roku. Już wcześniej w dokumencie synodalnym „Ku Kościołowi synodalnemu. Komunia, uczestnictwo i misja”, a także w swojej wypowiedzi dotyczącej synodalności, jako konstytutywnego wymiaru Kościoła (Papież Franciszek «Synodalność» konstytutywnym wymiarem Kościoła, 17 X 2015. Przemówienie Papieża Franciszka podczas uroczystości upamiętniającej 50. rocznicę ustanowienia Synodu Biskupów), Ojciec Święty powiedział treści dla mnie zadziwiające, wręcz w sensie proroctwa, otwartości i wyzwania: Kościół synodalny jest niczym wzniesiony sztandar pośród narodów (por. Iz 11, 12) w świecie, który – choć nawołuje do uczestnictwa, solidarności i przejrzystości w zarządzaniu sprawami publicznymi – często powierza los całych społeczności zachłannym rękom wąskich grup władzy. Jako Kościół, który «wędruje razem» z ludźmi, uczestnicząc w udrękach historii, żywimy marzenie, że odkrycie na nowo nienaruszalnej godności ludów i funkcji służebnej władzy będzie mogło pomóc także społeczeństwu obywatelskiemu kształtować się w sprawiedliwości i w braterstwie, tworząc świat piękniejszy i bardziej godny człowieka dla pokoleń, które przyjdą po nas.

Wydaje mi się, że Papież Franciszek prosi nas, abyśmy w swoich wspólnotach pokazali jak się prawdziwie rozmawia. Jak się godnie, pięknie dyskutuje, wypracowuje różne rozstrzygnięcia i rozwiązania, a jednocześnie jak się jest posłusznym Duchowi Bożemu, który prowadzi wierzących. Papież ma marzenie, aby „Synod o synodalności” stał się przykładem także dla innych społeczności. Prosi: pokażcie, że Kościół Katolicki jest Kościołem ludzi, którzy potrafią ze sobą rozmawiać i siebie słuchać, potrafią wypracowywać wspólnie coś istotnego na dzisiejsze czasy. To jest wielkie zadanie, dlatego proszę każdego z Was o modlitwę w intencji Synodu. Ten etap lokalny zakończy się za kilka miesięcy, ale Synod będzie trwał. Nie przestawajmy modlić się o to, by prace, owoce i skutki Synodu naprawdę dotknęły żywego Kościoła, który jest na świecie, abyśmy jako wspólnota, pod przewodnictwem Papieża i biskupów, usłyszeli co dzisiaj mówi Duch Święty do Kościoła. Amen.

Kto ma Boga,
kto ma Jezusa,
ma wszystko.

bł. J. Matulewicz

Kontakt

05-070 Sulejówek, Mariańska 9